• Zdjęcie:
    Data:
    06.12.2009
    Tytuł:

    H jak hopping: River Plate – Boca Juniors

    Treść:

    Dawno, dawno temu, na kontynencie nie tak daleko stąd (gdzie „tu” oznacza USA – przyp.red.), tryskałem młodzieńczym buntem, przechadzając się pewnie z garścią dolarów na mecz. Pretekstem do wyjazdu był semestr za granicą, ale prawdziwy powód to „wymiana kulturowa”. Zmiany gospodarcze zapewniły mi dobrą wymianę walutową, więc chciałem skorzystać ze słabego peso i... bogactwa kotletów. A, no i uwielbiam futbol.

    Przeczytaj więcej relacji z ciekawych meczów >>>


    Głową rodziny (po ichniemu „viejo”), u której mieszkałem, był Oscar, który religijnym kultem otaczał zespół Independiente. Z bólem wspominał minione lata, dekady dominacji „Diablos Rojos”. Ale moją uwagę zwrócił młody, brzydki do granic Argentyńczyk – Carlitos Tevez, grający w Boca Juniors. Niewiele wcześniej Riquelme odszedł grzać ławę w Barcelonie, ale i tak w Boca talentów było pod dostatkiem, a stadion trząsł się w posagach. I jak tu nie kochać tego miejsca?

    Kiedy Boca i River Plate miały się zmierzyć w półfinale Copa Libertadores, uszczypnąłem się dla pewności. Z grupą przyjaciół wstaliśmy o 3 nad ranem żeby udac się pod kasy Bombonery, ale czekało nas ponure rozczarowanie – bilety sprzedawali tylko „socios”. A „socios” mieli identyfikatory ze zdjęciem i choć wymachiwaliśmy plikami dolarów, nikt nam nie pomógł. No i byliśmy przybici.

    Pierwszy mecz dla Boca, 1:0, za to w najdziwniejszych okolicznościach – związek piłkarski zakazał wstępu kibicom River w ramach walki z przemocą. Kiedy ruszyła sprzedaż biletów na rewanż na Monumental, stanąłem przed dylematem. Lubiłem Boca, ale jak miałem ich oglądać na żywo w tłumie „Kogutów” (przydomek River Plate – przyp.red.)?

    A to było takie proste – kamuflaż.

    Żaden z moich amerykańskich kolegów nie chciał mi towarzyszyć, obawiając się śmierci, kontuzji, zranionych uczuć, itd. A znajomi z Argentyny? Olvidalo! Ale i tak kupiłem bilet na czarnym rynku, potem tanią koszulkę River i w noc meczu udałem się do dzielnicy Belgrano na jedyne w swoim rodzaju duchowe doznanie.

    Te race, te flagi, te śpiewy... wszystko to widzieliście już na YouTube. Straciłem głos jeszcze przed meczem, wykrzykując argentyńsko-hiszpańskie wyzwiska – próbowałem się wtopić. Stać mnie było tylko na miejsce na górnej trybunie „popular” (zwyczajowe określenie dla najtańszych miejsc – przyp. red.), w sektorze wyłącznie z miejscami stojącymi, gdzie jedyny obowiązującym prawem jest prawo dżungli. I ta dżungla nie ma nic wspólnego z disnejowską „Księgą Dżungli”. Uczestniczyłem w zbiorowym bieganiu, skakaniu i unikaniu stratowania przez innych, chwilami marząc o uczestniczeniu w bezpiecznym „biegu byków” w Pampelunie.

    Po pierwszej połowie 0:0. Z upływem czasu w drugiej części spotkania wiara zaczynała znikać, a w jej miejscu pojawił się gniew. Kiedy niedługo przed końcem River strzeliło gola, widownia dosłownie wybuchła w szale zarezerwowanym zwykle dla obalania despotów. Ale wtedy nadszedł dla mnie moment prawdy, sekunda, w której zdałem sobie sprawę, że w głębi serca jestem prawdziwym fanem Boca Juniors. I idiotą.

    Boca wyprowadzili niegroźną kontrę, ale nagle Tevez przejął, przeszedł dwóch obrońców i wypalił w okienko. Instynktownie się zerwałem, podniosłem ręce w podnieceniu i adoracji. Boca remisowali, ale wygrywali! Boca szli do finału! I nagle zobaczyłem swoją własną śmierć z rak rozwścieczonej hordy.

    Ten ułamek sekundy trwał wieki. Pomyslałem o tych flagach i bębnach, którymi pogruchoczą mi kości, o tysiącach rąk drących moje ubrania w strzępy. Z boską pomocą powstrzymałem się od krzyku. Mimo to setki oczu były wlepione w moją twarz. To tak, jakbym śpiewał „Mana Mana” podczas pogrzebu i właśnie wstał by wykrzyczeć refren.

    I wtedy, w momencie inspirowanego śmiercią geniuszu, wydobyłem z siebie najdłuższy, najbardziej wulgarny i najgłośniejszy ciąg hiszpańskich słów, jaki kiedykolwiek cieszył czyjekolwiek uszy. Zostałem aktorem, a moją motywacją była próba ujścia z życiem. Na moje szczęście, kilka osób wokół też się podniosło i wtórowało moim okrzykom. Chwilę później dyrygowałem już krzycząco-buczącym chórem, jak prawdziwy dyrygent, ale bez puzonów i z pogarszającym się nerwowym tikiem.

    Sytuacja się uspokoiła i ku uciesze wszystkich River znów strzeliło w doliczonym czasie gry, prowadząc do karnych. Tym razem jednak musiałem się ostro gimnastykować, by nie wybuchnąć, kiedy Boca awansowali po serii parad Abbondanzieriego. Obserwowanie tysięcy kibiców River opuszczających stadion w kompletnej ciszy budziło sprzeczne emocje politowania, pogardy i zainteresowania.

    Po tak wielkim meczu, tak późno w nocy, żadna taksówka nie kursowała już po mieście. Zostało mi przedrzeć się przez gąszcz ulic Buenos Aires na własną rękę. Nałożyłem więc kurtkę na koszulkę River Plate i pogwizdywałem sobie radośnie, ciesząc się, że przeżyłem.

    Elliott Tucker | FutFanatico.com

 
  • Autor:
    Komentarz dodany przez: krzychu81
    Data:
    08.12.2009 godz. 00:52
    Treść:
    River vs Boca to marzenie każdego chyba Groundhoppera! Pracuję teraz z Argentynką, która pochodzi z Buenos Aires i mieszka zaledwie kilkaset metrów od stadionu La Bombonera. Jak tylko się o tym dowiedziałem, od razu stała się dla mnie ulubioną koleżanką! :)) Któregoś dnia i ja tam więc zawitam! A na razie mogę tylko zazdrościć...

Dodaj komentarz:


Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
 
 
z nami znalezienie pracy jest dziecinnie proste!