-
- Zdjęcie:

- Data:
- 01.12.2009
- Tytuł:
(1P) FC Sankt Pauli: To nie kolejny klub piłkarski
- Treść:
-
Pytając Niemców o St. Pauli, spodziewaj się odpowiedzi w rodzaju „Wow, są świetni” albo „ci lewaccy anarchiści demolujący ulice!”. Nawet jeśli ktoś nie interesuje się sportem, rzadko nie ma zdania. I chyba nigdzie w Niemczech wizerunek klubu nie jest tak ściśle połączony ze stereotypami o mieście, dzielnicy i kibicach.
Przeczytaj opowieści kibiców innych klubów ze świata >>>
W maju 2010 FC Sankt Pauli będzie obchodziło swoje stulecie, ale do lat 80. to był niczym nie wyróżniający się klub piłkarski.
Ale gdzieś koło 1985/86 dzielnica Sankt Pauli zaczęła się zmieniać. Znana do tej pory z sex-shopów i burdeli, okolica musiała się zmienić – najzwyczajniej spadło zapotrzebowanie na takie usługi. Miejsca domów rozpusty zaczęły się pojawiać kluby, teatry i puby, co zaczęło wabić młodych ludzi. Mieszkania w Sankt Pauli były tanie i wkrótce dzielnica stała się modna wśród anarchistów, działaczy antyfaszystowskich czy aktywistów walczących z dyskryminacją. Niektórzy z nich mieszkali na słynnych skłotach „Hafenstraße“.
Razem z ludnością dzielnicy zmieniła się też społeczność na trybunach, bo stadion Millerntor jest ledwo 10 minut spacerem od centrum dzielnicy. Mówi się, że pierwszą osobą, która przyniosła na stadion piracką flagę, był punk znany jako Doc Mabuse, dziś dziennikarz. Wkrótce „Jolly Roger”, bandera piratów, został zarejestrowany przez klubowy dział marketingu jako znak towarowy. Z drugiej strony „Jolly Roger” to też nazwa miejscowego pubu, znanego wśród kibiców piłkarskich. Często też „odwiedza” go policja, jak w nocy 4. lipca, kiedy bywalców potraktowano pałkami i gazem pieprzowym.
Inny klub, te same problemy
Ale chociaż Sankt Pauli jest inny od większości klubów, też jest nowoczesną instytucją, ze wszystkimi wadami i zaletami, które za tym idą. Z jednej strony nasz prezes to właściciel teatru na słynnej Reeperbahn, nie kryjący się ze swoim homoseksualizmem. Ale z drugiej, jest krytykowany za wiele niepopularnych decyzji marketingowych, z jakimi zmagają się też kibice „bardziej standardowych” klubów – rozchodzi się jak zwykle o zwiększanie przychodów kosztem czegoś. Muzycy, aktorzy czy politycy lubią mówić o sobie, że kibicują Sankt Pauli, bo to czyni ich bardziej ekscentrycznymi, wydają się bardziej „offowi”. Ale przecież nie kibicują, nie stoją na trybunach z nami i nie śpiewają – co najwyżej wykupują loże VIP. Za to oddani fani pojawiają się też na imprezach nieoficjalnych, jak turnieje halowe:
Mimo wszystko, kibice mają bardzo dużo do powiedzenia w klubie, znacznie więcej niż w wielu innych. Dla przykładu, władze próbowały wprowadzić na stadionie płatność kartami „prepaid” za catering i pamiątki klubowe. Po protestach udało się powstrzymać realizację planu, choć pewnie prędzej czy później i tak do tego wrócą. Inny przykład – jako marketingowy chwyt władze klubu wprowadziły na rynek napój „Kalte Muschi” (połączenie wina z colą), co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Zimna Cipka”. Po protestach z powodu seksistowskiego wydźwięku wycofali się z projektu. Latem odbył się kongres kibiców, który miał na celu poprawę relacji między władzami a społecznością i miał pomóc osiągnąć kompromis przy podejmowaniu kolejnych problematycznych decyzji.
Sankt Pauli - stereotyp
No właśnie, co ze stereotypami? Czy to prawda, że wszyscy jesteśmy punkami, lewakami i anarchistami, którzy ciskają kamienie i palą radiowozy w przerwach między meczami? To co jest prawdą, to panujące wśród kibiców St. Pauli „lewicowe“ stanowisko, że na stadionie nie ma miejsca na jakąkolwiek dyskryminację – prezentacji takich treści zakazuje porozumienie zawiązane między fanami. Jest też prawdą, że niektóre z 200 fanklubów Sankt Pauli są politycznie zaangażowane, na czele z najliczniejszą Ultrà Sankt Pauli czy nami, Sankt Pauli Mafia NRW.
Jako kibice „wychowani w tradycji ultra” często jesteśmy oskarżani o brak zainteresowania meczem. Cóż, to tylko kolejny stereotyp – my po prostu jesteśmy z naszą drużyną niezależnie od wyników, tworzymy fragment większej całości.
Odwieczni (?) rywale
Nie jestem fanką antydopingu i zawsze staram się być obiektywna. Ale z Hansą... Być może zaczęło się w marcu 1993 r, kiedy po zwycięstwie Hansy ok. 400 ich chuliganów ganiało za naszymi. Do tego doszła emisja kontrowersyjnego spektaklu "Schicksalsspiel" w telewizji. To było coś w rodzaju współczesnego „Romea i Julii“, gdzie kibic Sankt Pauli zakochuje się w dziewczynie z Rostoku i ginie z rąk kibica Hansy. Wielu ludzi we wschodnich Niemczech poczuło się dotkniętych, nie tylko kibiców. Od tej pory każdy mecz to coś więcej, jak konfrontacja dawnego zachodu ze wschodem Niemiec i prawicy z lewicą, czyli pojedynek stereotypów o każdym z klubów. Po obu stronach jest mobilizacja – zamiast na mecz, jedni szykują się na „nazioli i skinów”, a drudzy na „brudasów i komunistów”. Czyli, mówiąc trochę cynicznie, to kolejna impreza dla znudzonych nastolatków, którzy bez żadnego zainteresowania piłką czy nawet polityką mogą się ponawalać.
Tak naprawdę, jest wielu kibiców Hansy, z którymi można spokojnie pogadać. Wielu z nich wcale nie identyfikuje się z mniej lub bardziej prawicowymi ruchami na trybunach. W ostatnim meczu nawet w naszym młynie trafił się kibic z Rostoku, choć oczywiście nie brał ze sobą barw.
Inaczej wygląda rywalizacja z „Hamburger Sportverein”, jak mówią z pełnym szacunkiem o swoim klubie fani HSV. Chyba wygląda to tak, jak w każdym zwykłym mieście, gdzie są dwa kluby, nic wielkiego. Do lat 80. było zupełnie normalnie – chodzenie na mecze jednego klubu nie wykluczało oglądania z trybun drugiego. Potem zaczęła się wrogość, pewnie w związku z upolitycznieniem trybun – u nas zaczęły się tendencje lewicowe, tam silniejsi byli prawicowcy.
Dziś walka z HSV to głównie nabijanie się z siebie nawzajem, często wytykając rywalom porażki – jak ta w Pucharze UEFA z Werderem, kiedy HSV przegrało przez papierową kulkę. Wtedy my na południowej trybunie w przerwach meczów graliśmy w siatkówkę wielkimi papierowymi piłkami.
Ale w lipcu kibice HSV wsparli naszych podczas marszu przeciwko policyjnej interwencji w „Jolly Rogerze”. Następnego dnia oczywiście dalej się szczerze nienawidziliśmy...
Dzień z życia fanklubu
Poza polityką, co to znaczy być aktywnym fanem Sankt Pauli? Dla nas to znaczy organizować się przez Internet, bo mieszkamy w różnych miastach Nadrenii-Westfalii, ok. 400 kilometrów od Hamburga. Podejmujemy decyzje, zbieramy się w mniejszych grupach, malujemy flagi czy chociażby... gramy w piłkę.
Oglądanie meczu oznacza dla nas wstawanie z samego rana, żeby zdążyć na nasz „fan-bus”, który odjeżdża z Kolonii do Hamburga o 6:00 (a przez władze ligi w nowym sezonie o godzinę wcześniej – zmienili pory meczów). Organizujemy go sami, a że kierowca też jest kibicem Sankt Pauli, pozwala nam go dekorować w klubowe barwy. Po drodze zbieramy członków innych fanklubów z Herne i Münster.
Po przyjeździe na stadion wieszamy swoje flagi, rozmawiamy ze znajomymi i poznajmy nowych ludzi. I wyczekujemy niecierpliwie na dźwięk „Hells Bells” AC/DC, która leci przed każdym meczem.
To sygnał do rozpoczęcia śpiewu „Aux Armes” (Do broni). Zaczyna południowa trybuna, a druga strona odpowiada – potem trochę klaskania i skakania. To jedna z tych chwil, kiedy się wie, dlaczego jest się fanem Sankt Pauli. Kiedy cały stadion śpiewa, człowieka aż przechodzi dreszcz. A na Sankt Pauli „cały stadion” oznacza dosłownie cały stadion – w ubiegłym sezonie średnia frekwencja wyniosła 22,4 tys. przy pojemności trybun Millerntoru 23,2 tys. miejsc.
Więc kiedy po kolejnym meczu pakujemy się do autobusu ze świadomością, że do domu wrócimy późną nocą, czasem słyszymy pytanie: po co to robić? Prawie każdy weekend przejeżdżać 800 kilometrów żeby zobaczyć, jak ktoś gra? No, jak myślicie? To jakiś rodzaj miłości, może religii – tak to jest być kibicem Sankt Pauli.
Ela Mateika / SPM | PortalKibica.pl
Zdjęcia:
-
- Autor:
- Data:
- 01.12.2009 godz. 22:58
- Treść:
- Ciekawią mnie lewicowe ekipy, szczególnie, że większość jest z Zachodniej Europy która komunizm widziała chyba nie wiem gdzie... Jakby sobie pożyli w takim Związku Radziecki, Polsce('45-'89) to może by się ogarnęli. Pewnie 3/4 nie wie kim tak naprawdę był Che Guevara, ale to i tak przy kibicach Livorno nic, oni posiadają flagi z "Wujkiem" Józefem Stalinem, to to już jest patologia... Tak jak napisałem polityka na stadionach ok ale nie w formie radykalnej... To tylko moje zdanie :)
Dodaj komentarz:
Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.









