-
- Zdjęcie:

- Data:
- 25.04.2009
- Tytuł:
(1P) Consadole Sapporo: Ultras z krainy śniegu
- Treść:
-
Mieszkają na „końcu świata”. Wiedzą doskonale, że są małym klubem na krawędzi upadku. Ale dają z siebie wszystko – kiedy są na minusie, kibice z własnej kieszeni ratują klub. Na co dzień dbają o prawdziwy japoński doping.
<<< Urawa Reds – najliczniejsi w Azji | Vegalta Sendai - kibice (bez) sukcesu >>>
Sapporo to sama północ Japonii. Skąd znamy Sapporo? Zimowe imprezy na śniegu – skoki czy igrzyska. W milionowym mieście przez pół roku spada nawet 7 metrów białego puchu. Połowa tego okresu to sezon ligowy dla Consadole. Dlatego zespół musi grać na dwóch stadionach. Jeden, mniejszy Atsuebtsu jest na ciepłe dni. Drugi to wielki, całkowicie zadaszony, supernowoczesny Sapporo Dome. Na co dzień go nie zapełniamy, ale czasem tworzą efektowne oprawy:
Powiedzmy, że klub nie ma przesadnie długiej historii. Istnieje dopiero 13 lat. Kiedy zaczynali w 1996 roku, gromadzili średnio po 5 tysięcy widzów na mecz. Rok później awansowali do najwyższej ligi i od tego czasu rośnie społeczność kibiców piłkarskich w mieście, które wcześniej o piłce ledwo słyszało. W 2001 roku na każdym meczu było już ponad 22 tysiące widzów.
Później było... gorzej. Zespół spadł na kilka lat z ekstraklasy, a w mieście powstał kolejny zespół sportowy, który odciągał widzów od meczów Consadole. Nie piłkarski, tylko baseballowy (to najpopularniejsza dyscyplina w Japonii). Nazywają się... „Wojownicy Japońskiej Szynki”. Zespół z taką nazwą pewnie nie przyciągałby tłumów, ale na nieszczęście piłkarzy zaczął odnosić liczne sukcesy. Do 2004 roku liczba kibiców Consadole spadła o ponad połowę, do niecałych 10 tysięcy na mecz. Teraz zespół robi wszystko, by znów przyciągnąć kibiców, mecze gromadzą do 15 tysięcy.
Najważniejsze dla klubu, że jest już grupa, która nie zrezygnuje z kibicowania swojemu klubowi. Myślę, że liczy ok. 4 tysiące ludzi. Chodzą na mecze ZAWSZE. Dla nich nie ważne są burze śniegowe, oberwania chmury, przenikliwy wiatr, serie porażek czy ostatnie miejsce w lidze. A w lepszych meczach jest naprawdę tłoczno, jak tu:
Trochę gorzej jest z wyjazdami. Sapporo to sam kraniec Japonii – wszędzie daleko i bardzo drogo. Ale jeśli ważny mecz przytrafi się grube kilkaset kilometrów dalej, tysiąc fanów wsiądzie w samoloty, promy i pociągi. Ale jeśli jest okazja zagrać w okolicy, wszyscy idą. Niedawno kibic jednej z niewielu lokalnych drużyn powiedział mi: - Macie niesamowitych kibiców. Na nasz stadion przyszło więcej waszych, niż nas.
W odległym o ponad 800km Tokio kibice Consadole prezentowali się też całkiem nieźle:
Styl kibicowania mamy, jak wszyscy w Japonii. Na początek „fany” – flagi na płotach. Później „wielkie flagi” na kijach, mają nawet po 8-10 metrów powierzchni, a osoby nimi machające ustawiają się jedna obok drugiej w pierwszym rzędzie. Machają pionowo, żeby się nie zderzać i nie zasłaniać wszystkim. Za to z boku wygląda to świetnie, jak tu:
W młynie wszyscy oczywiście stoją, klaszczą i śpiewają. Gorzej jest poza nim. Consadole ma najstarszą widownię w Japonii. Innymi słowy, mamy najwięcej widzów po 50. roku życia (dwa razy więcej, niż w innych klubach). Trudno powiedzieć, żeby byli zbyt żywotni. Co gorsza, nie wszystkim podoba się styl kibicowania młodych, wolą oglądać mecz w ciszy.
Mówi się, że kibice z Sapporo są bardzo łagodni i gościnni. Często, nawet jeśli przyjeżdża niezbyt lubiany rywal, kibiców przyjezdnych traktują z najwyższym szacunkiem – jak ważną delegację. W zeszłym sezonie, w ostatnim meczu grudnia przyjechali Kashima Antlers. wygrali z nami i świętowali na naszym stadionie mistrzostwo. Nasi kibice nie tylko im nie przeszkadzali, ale masowo gratulowali. Niewielu było na nich złych. Czasem myślę, że jesteśmy za mili...
Za to przynajmniej oryginalni. Wszystkie przyśpiewki na stadionie wprowadzają Ultras Sapporo i dbają o to, by były japońskie. To wcale nie norma w Japonii... Większość klubów jest dopingowana po angielsku albo w rytm zachodnich przebojów. My bawimy się po japońsku. Pewnie że zapożyczamy sporo z innych krajów, zwłaszcza z Argentyny, ale mamy swój styl, rzadki w Japonii. Jak w Ameryce Południowej, wielu kibiców spotyka się już przed stadionem i wspólnie śpiewa:
Ultras Sapporo to najstarsza grupa przy naszym klubie, choć nie jedyna. Nie są też zbyt liczni, bo chociaż powstali pierwsi, to bardzo przeżywają mecze i czasem dochodzi do bójek. Ale na ogół to bardzo dobrzy ludzie, przyjaźni. Mają bardzo dobre relacje z klubem, rozmawiają ze sobą przy wielu okazjach i czują się związani. Jeden z liderów grupy powiedział niedawno: - Nie jesteśmy zwykłymi widzami. My jesteśmy towarzyszami drużyny w drodze do wspólnego przeznaczenia.
Klub musi dobrze z nami żyć, bo jak wiele innych w Japonii, ma czasem problemy finansowe. Piłka nie jest tu bardzo popularna, więc nie ma wielu sponsorów. Większość klubów ma swojego sponsora głównego – my nie. Dlatego kibice już dwa razy musieli ratować klub przed upadkiem. Reprezentacja kibiców ma udziały w klubie. Właściwie to sami jesteśmy swoim największym udziałowcem i kiedy potrzeba zasilamy klub wspólnymi pieniędzmi. Tylko w Japonii jest taka sytuacja, że największy udziałowiec to kibice, którzy najpierw kupują bilety, a potem jeszcze dopłacają, żeby ich klub był na wierzchu.
Taka sytuacja jest ciężka. Przez jakiś czas na pewno nie uciekniemy od problemów, ale Consadole daje nam bardzo wiele. Marzenia, nadzieję, radość z życia, uwielbienie, wspaniałych przyjaciół. I chociaż czasem jest też irytacja i rozpacz, to radość z kochania piłki nożnej wygrywa z łatwością. Nie jesteśmy dużym klubem, ale radość z bycia jego częścią jest niemożliwa do zmierzenia.
Keiko SasadaO tych klubach możesz przeczytać w cyklu „Jedna Pasja”:
- Argentyna: Boca Juniors, Estudiantes la Plata, River Plate
- Ekwador: Emelec Guayaqil
- Japonia: Urawa Red Diamonds
- Kolumbia: America de Cali
Zdjęcia:
Dodaj komentarz:
Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.













