• Zdjęcie:
    Yuli Soempil, prowadzący doping Aremy | (c) Andibachtiar Yusuf
    Data:
    06.05.2009
    Tytuł:

    (1P) Arema Malang: Wściekłe Lwy

    Treść:

    Przed meczem dwie maskotki rozszarpują gumowego krokodyla – symbol największego rywala. Później kibice przez większość meczu śpiewają, że wymordują kibiców wrogiej drużyny. A federacja piłkarska uznaje ich za najlepszą widownię...

    Persija Dżakarta: Dla tych, co nie mają nic >>>


    Malang to milionowe miasto na wschodzie Jawy – najgęściej zaludnionego miejsca świata. Znane jest z wulkanów i... drużyny piłkarskiej Arema. Do niedawna był to jedyny prywatny klub w Indonezji i jeden z zaledwie kilku, które mogły się utrzymać w ekstraklasie z samej sprzedaży biletów. Ta była jednak tak duża, że w zespół zainwestował wielki koncern tytoniowy Bentoel.

    Od tego czasu ich Kanjuruhan Stadium zapełnia się co mecz, często znacznie ponad swoją pojemność. Oficjalnie mieści ok. 30 tysięcy widzów. Pojemności nie da się sprawdzić, bo ogromna większość miejsc to betonowe stopnie – tylko na trybunie głównej są krzesełka, ale bez numerów. Prowadzący doping ocenia, że co mecz jest 40-45 tysięcy, ale czasem klub sprzedaje nawet 60 tysięcy biletów, czyli dwa razy więcej od pojemności. A i to mało, bo wokół stadionu czatuje nawet kolejne 20 tysięcy.

    Najbardziej znany „nosiwoda”
    Prowadzący doping Yuli Soempil z zawodu... nosi wodę mieszkańcom miasta. Dostaje 10 centów za każdy galon, miesięcznie zarabia ok. 10 dolarów. Chciał być piłkarzem, ale rodziców nie było stać na treningi. Nie ma wykształcenia, a pracę prawie żadną. Mimo to w mieście jest gwiazdą. Dziesiątki kibiców na meczach tłoczą się, żeby jemu podać czystą wodę. Ludzie na ulicach się kłaniają, a federacja piłkarska... zaprosiła go na krajowy zjazd władz klubowych. „Aremania” jako jedyna grupa kibiców miała swoją reprezentację, choć nie jest nawet zarejestrowana.

    Wszystko dzięki ogromnemu wrażeniu, jakie na szefie krajowej federacji wywarła atmosfera na stadionie. Zabawa zaczyna się długo przed pierwszym gwizdkiem. Początek to ceremonialne zabicie gumowego krokodyla – symbolu Persebai. Rozszarpują go dwa lwy, klubowe maskotki.

    Armia „Wściekłych Lwów”
    Zanim zespoły wyjdą na rozgrzewkę, kibice z trybuny naprzeciw głównej zapowiadają śmierć odwiecznych rywali – fanów Persebai Surabaya. Później... śpiewają o tym w większości przyśpiewek. Lubią też pokazać, że dzięki zamożnemu sponsorowi mają przewagę nad lokalnym rywalem. Czasem wszyscy wyciągają i podnoszą w górę banknoty, śpiewając „Arema ma pieniądze, Persebaya tylko swoje ścierwo”.

    Persebaya i Arema to dwa największe kluby w Indonezji, dzieli je niecałe 100 kilometrów, a kiedy grają przeciwko sobie, porządku w mieście musi pilnować wojsko. Pojawienie się w barwach klubowych pod stadionem rywala dosłownie grozi śmiercią, to nie tylko mało wyszukane teksty przyśpiewek. Do takich konfrontacyjnych sytuacji jednak prawie nie dochodzi, rozsądek bierze górę.

    Poniżej można zobaczyć kibiców śpiewających kilkanaście razy krótką przyśpiewkę z takim tekstem: „Arema zdobędzie mistrzostwo, Aremania – Wściekłe Lwy. Persebaya? Pieprzyć ich, zabijemy wszystkich”. Warto zwrócić uwagę na gestykulacje przy każdym powtórzeniu, bo to charakterystyczna cecha dopingu w Indonezji – prowadzący doping regularnie wymyśla nowe gesty, a kibice bacznie obserwują jego zachowanie.


    Arema należy do mało chlubnej chuligańskiej czołówki Indonezji, razem z Persiją i Persebayą. W meczach z lokalnymi rywalami często dochodzi do zgrzytów lub nawet regularnych walk. Do takich doszło m. in. w meczu z Persiwą, który ze względów bezpieczeństwa rozegrano na neutralnym gruncie. Tym „neutralnym gruntem” okazał się stadion kolejnego wielkiego rywala Aremy – Kediri. To tak, jakby mecz Legii wyznaczyć w Poznaniu. Tylko gorzej, bo w przypadku indonezyjskiego meczu doszło do potężnych zamieszek na stadionie i w samym mieście. Poszło o nieuznanie trzech bramek. Reportaż poniżej:


    W piekle nie ma McDonalda
    Mimo tych sytuacji Aremania zdobyła uznanie piłkarskich władz i światowe uznanie. Kibice tej drużyny lubią odnosić się do religii. W tłumie jest wielu uczniów szkół koranicznych i ich nauczycieli, a w przyśpiewkach czasem modlą się do Allaha o zwycięstwo. Twierdzą też, że ich rywali czeka piekło, gdzie według słów piosenki... nie ma McDonaldów (w Indonezji sieciowe restauracje są synonimem dobrobytu – przyp. red.). Sami jednak też nie boją się zejścia do piekieł, bo jak twierdzą w swoim haśle przewodnim, za Aremą pojadą nawet do piekła.

    Traktują to dość dosłownie i na mecze wyjazdowe jeździ zawsze co najmniej 5 tysięcy ludzi. Nawet jeśli do pokonania jest prawie (lub ponad) tysiąc kilometrów w dość podłych warunkach przepełnionego pociągu. Nawet jeśli klub spada z ligi. Nawet jeśli sektor gości nie pomieści nawet połowy chętnych. Nawet jeśli trzeba płynąć kilka dni przez morze. Na ważniejszych wyjazdach stawia się nawet 20-25 tysięcy ludzi, jak w tych dwóch przypadkach, w Solo i Sidoarjo, gdzie wokalnie pokonują rywali bez problemów:




    PortalKibica.pl
    Tekst powstał w oparciu o film dokumentalny „The Conductors” oraz wywiad z jego reżyserem, Andibachtiarem Yusufem.

    O tych klubach możesz przeczytać w cyklu „Jedna Pasja”:

 

Zdjęcia:

Dodaj komentarz:


Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
 
 
Stadiony.net - prezentacje stadionów piłkarskich